Meza Beirut

22 marca 2015

Ordynacka 13. Pod tym adresem od kilkunastu dni wisi czarno-biały szyld z orientalnymi napisami i logiem Meza Beirut. Przez lata mieścił się tu Grand Kredens, o którym nie można było powiedzieć, że było to oblegane miejsce, wątpię, żeby ktoś po nim płakał.  Po jego zamknięciu kolejne lokale otwierały się tu i zamykały zwykle szybciej niż zmieniały się pory roku. Była tu restauracja z mało wyróżniającą się kuchnią śródziemnomorską Ordynacka 13, restauracja Le Connaisseur z francuskim szefem kuchni i cenami bardziej paryskimi niż warszawskimi, a potem przez rok Pellicano specjalizujące się w rybach i owocach morza. Meza Beirut, nowa restauracja z kuchnią libańską, działa przy Ordynackiej od dwóch tygodni. Wnętrze lokalu nie przeszło wielkiej rewolucji. Wydaje mi się, że podłoga, ściany, układ lokalu są takie jakie były. Nie było tu chyba architekta wnętrz, wielkich inwestycji czy koncepcji designerskich. Zmieniły się za to meble, a na ścianach pojawiły obrazy przedstawiające krajobrazy Libanu. Zajmujemy miejsce przy oknie, ale trochę tam wieje, więc przesiadamy się do stolika w głębi lokalu. Mimo, że miejsce działa od niedawna, nie jesteśmy tu jedynymi gośćmi, część stolików jest zajętych.

Meza Beirut wnętrze

Przeglądamy wielostronicową kartę opatrzoną zdjęciami potraw przypominającą turystyczne menu w popularnych wakacyjnych miejscowościach. Zdecydowaną większość pozycji w menu Meza Beirut  stanowią libańskie przystawki na ciepło i zimno czyli mezze. Karta dań głównych jest krótsza, a opisy wydają się na pierwszy rzut oka niezbyt porywające, postanawiamy więc skupić się dziś na mezze. Kelner jest bardzo sympatyczny, przejęty, lekko zestresowany. Stara się wyczerpująco odpowiadać na nasze liczne pytania, widać że został przeszkolony choć czasami zdarzają mu się pomyłki np. opisując lebneh opowiada o halloumi. Po restauracji krąży też uśmiechnięta właścicielka lokalu, podchodzi do każdego stolika i rozmawia gośćmi. Opowiada o koncepcji lokalu, szefie kuchni, pyta o wrażenia i prosi o wszelkie uwagi. Jej mąż jest Libańczykiem i od dawna marzył o otwarciu restauracji z libańską kuchnią. Libańskiego pochodzenia jest także szef kuchni restauracji. Jej energia i zainteresowanie gośćmi sprawia, że lubię to miejsce zanim wezmę do ust pierwsze kęsy jedzenia. Lubię jak właściciele są na miejscu i zajmują się każdym gościem w restauracji nie skupiając na swoich znajomych, dziennikarzach czy blogerach… 🙂 (o tym, że piszę bloga wie tylko moja kumpela, towarzyszka wieczoru).

Zaczynamy od ciepłego chlebka libańskiego z serkiem labneh ze świeżymi warzywami i suszoną miętą podanego jako czekadełko. Serek jest aromatyczny, orkiszowy chlebek doskonały, pełen smaku choć trafia na stół trochę zbyt gorący, co grozi oparzeniem podniebienia przy braku cierpliwości gościa. Bardzo szybko na stole pojawiają się zamówione przez nas zimne mezze. Hummus Beirut czyli hummus zmiksowany z libańskimi kwaszonkami, ziołami i migdałami podany jest z ciepłą pitą. Wyrazisty smak tahini i cieciorki przełamany jest przez odświeżające warzywa z ciekawą kwaśną nutą. Hummus jadłam już setki razy m.in. najlepszy na świecie, idealny  hummus w Abu Hassan w Tel Avivie, ale w takim wydaniu jeszcze go nie jadłam, więc z przyjemnością poznaje kolejną odsłonę tej bliskowschodniej potrawy. Bardzo wciągający jest Tabbouleh  (14 zł) czyli tradycyjna sałatka libańska z pietruszką, pomidorami i dressingiem cytrynowym. Ta podana w Meza Beirut jest lekka, odświeżająca i znika z talerza w błyskawicznym tempie. Wielowymiarowa jest mocno pomidorowa Bulgur „Eech” (12 zł), libańska kasza bulgur podawana z sosem pomidorowym, przyprawą chilli oraz mieszanką ziół. Jest lekko pikantna, aromatyczna, przyozdobiona pieczonym pomidorkiem cherry. Do przekąsek popijamy dość przeciętne wino domowe dostępne na kieliszki (12 zł/kieliszek), wino butelkowe jest tu zdecydowanie droższe, rozpoczyna się od 20 zł za kieliszek, ponad 100 zł z butelkę. W stosunku do cen jedzenia są to ceny trochę przesadzone, przydałaby się też opcja zamawiania wina domowego na karafki w bardziej atrakcyjnej cenie.

Meza Beirut bulgur

Meza Beirut Hummus

Meza Beirut tabbulleh

Z przystawek zimnych płynnie przechodzimy do ciepłych. Kebbe bird nest – trzy rodzaje otwartych kebbe, czyli kotletów z mięsa i kaszy wypełnionych mieloną wołowiną z dwoma rodzajami orzechów i gotowymi warzywami, przypominają z wyglądu babeczki z owocowym przybraniem. Kotlety są pieczone, dzięki czemu są lekkie i niezbyt tłuste. Danie jest oryginalne, głębokie i zdecydowane. To bardzo udana kompozycja smaków, po którą na pewno tu wrócę.  Lekkie i harmonijne są cieniutkie Rakkakat cheese (14 zł) – ruloniki ciasta filo wypełnione dwoma rodzajami sera. Grillowane plasterki sera halloume (18 zł) serwowane ze świeżymi warzywami nie zawodzą oczekiwań, choć opis mógłby być bardziej adekwatny do rzeczywistości, warzywa to po prostu plasterki pomidorów, a danie z wyglądu przypomina popularne caprese.

Meza Beirut halloumi

Meza Beirut kebe

Restaurację Meza Beirut lubię od pierwszej wizyty za oryginalną, bogatą w smaki kuchnię, przystępne ceny, uśmiechniętą choć jeszcze wymagającą treningu obsługę i sympatyczną domową atmosferę, którą kształtuje m.in. obecność i troska właścicieli. Gospodarze planują być stale obecni w lokalu, chcą żeby to miejsce żyło i stało się miejscem spotkań warszawiaków z przyjaciółmi i rodziną. Niedługo ma pojawić się także kącik dla dzieci, kredki i kolorowanki. Czy pozytywna energia właścicieli przerwie złą passę lokalu? Ja trzymam kciuki i już niedługo wracam skosztować innych mezze, a także dań głównych.

Meza Beirut, ul. Ordynacka 13, Warszawa, Śródmieście, tel. 22 692 75 55