lunch w cafe Furkot

14 kwietnia 2007

Do Cafe Furkot w Pawilonach na Jana Pawla wybrałam się z kilkoma osobami na lunch w przerwie dzisiejszych warsztatów o Zdrowiu, zachęcona wystawionymi na zewnątrz stolikami.
Wystrój lokalu jest bardzo prosty, taki pubowo-ogródkowy. Karta jest bardzo bogata, od zup, sałatek, dań głównych skończywszy na karcie deserowej. Ceny – wysokie, szczególnie zważywszy charakter lokalu. Dania główne kosztują tyle co w dobrych warszawskich restauracjach. Do tego obsługa – mało sympatyczna, reagująca z dużym opóźnieniem na wszelkie nasze prośby.
Najpierw bardzo długo czekaliśmy na samo zamówienie. A potem było jeszcze gorzej. Jedzenie pojawiło się na stole dopiero po 45 minutach. Dodam, że nie zamawialiśmy dań głównych. Myśleliśmy, że czas czekania wynagrodzi nam smak potraw. Niestety, pomyliliśmy się .
Zupa pomidorowa z mozarellą była mdła i bez smaku zupełnie (12 zł). Sałatka Shogun „z polędwiczkami wieprzowymi i sosem chilli” (22 zł) okazała się talerzem sałaty… bez polędwiczek. Kelner próbował mnie nawet przekonać, że ta pozycja – mimo swej nazwy – jest bez mięsa. Na szczęście poszedł skonsultować tę sprawę z kucharzem i po kilku minutach wrócił z sałatą z polędwiczkami.
Sałata była a) na moje oko nieumyta b) polędwiczek było niewiele 3) sos nie miał nic wspólnego z chili. Zjadłam, bo byłam głodna. Jeden z moich towarzyszy dostał za to sałatę z włosem, którą oddał z powrotem do kuchni. Po jakimś czasie pojawiła się właścicielka przepraszając za historię z włosem, w ramach rekompensaty dostaliśmy po kieliszku wiśniówki, ale nie zmyło to złego wrażenia z tego lokalu.

Do Cafe Furkot nie wróce, mimo bliskiej lokalizacji od mojego domu. Za dużo potknięć, jak na jedną knajpę. Zdecydowanie odradzam.

Podsumowanie

Kuchnia: międzynarodowa