Instytut Restaurant & Gallery

23 lutego 2009

Instytut Restaurant & Gallery to restauracja należąca do Instytutu Wzornictwa Przemysłowego. Koncepcja  połączenia galerii z restauracją jest ciekawa i oryginalna.  Można tu podziwiać, a także kupić dzieła polskich twórców sztuki użytkowej, choć ich wybór i oryginalność nie zachwyca. Jest tu trochę albumów o designie, kilka ciekawych lamp, pamiątek (?) chyba dla zbłąkanych turystów spacerujących po nowym mieście.

Wystrój Instytutu jest ascetyczny, jest tu jasno, dominuje biel. Zastosowano tu interesujące oświetlenie, ciekawe w formie lampy, z podwieszanych sufitów wydobywa się fioletowe i różowe światło, które doskonale uzupełnia nowoczesne wnętrze. Jest tu przestrzennie, między stolikami nie trzeba się przeciskać, można swobodnie rozmawiać.  Na stole, przy którym siedzimy, uwagę naszą przykuwa pieprzniczka i solniczka o ciekawej formie przypominającej białe kamienie, Kamień jako element dekoracyjny jest tu chyba lubiany, gdyż w kilku innych miejscach  lokalu pojawiają się białe lub czarne niewielkie kamienie. W związanej z designem knajpie oczekiwałabym stylowej zastawy. Tu lekkie rozczarowanie, bo poszczególne jej części wydają się być przypadkowe. Mogłabym zabrać do domu nachylony pod kątem, trochę przypominający ufo, cudowny biały talerz na którym zaserwowano sałatę, pozostałe talerze nie pasują do reszty , są przeciętne, podobnie jak mało ciekawe filiżanki z logiem jakiegoś producenta herbaty. Nowoczesnemu wystrojowi restauracji towarzyszy miła, sprzyjająca rozmowom chilloutowa muzyka.

W sobotnie popołudnie lokal świeci pustkami. Gdy wchodzimy do środka, jesteśmy jedynymi gośćmi, poźniej pojawia się jeszcze jedna para , która siada w drugim końcu sali. Atmosfera jest dosyć smętna, opustoszała restauracja  jest miejscem smutnym. Ja zdecydowanie preferuję knajpki, które żyją, są pełne głośnych rozmów, uwijających się kelnerów. Instytut do nich nie należy.

Karta dań wizualnie jest mało estetyczna, plastikowa, graficznie bezbarwna. Nie przytłacza liczbą propozycji, ale daje zróżnicowany wybór obiecując dania wykwintne i światowe. Możemy wybrać przynajmniej 3-4 dania z każdej kategorii, czyli spośród przystawek zimnych, gorących, zup, sałat, dań głównych czy  deserów. Do tego krótka karta win, większość pozycji dostępna tylko przy zamawianiu całych butelek, na kieliszki jest tylko jedno wino czerwone i  jedno białe, co nie dziwi przy tak pustym lokalu. Obsługa jakby trochę zagubiona, ale sympatyczna. Z karty wybieram od razu pierwszą pozycję widniejącą w menu czyli intrygująco brzmiące Carpaccio z tuńczyka marynowane w miodzie i limonce  (18 zł). Okazuje się, że trafiłam celnie, bo to jedyne danie , które nie jest dziś dostępne. W dalszym wyborze zdaję się na kelnerkę i zamawiam krem z raków z odrobiną koniaku (14 zł) oraz sałatkę z  z avocado z krewetkami w sosie tysiąca wysp (23 zł). Krem z raków w kolorze pomarańczowym z zielonymi plamami pietruszki wygląda apetycznie, aczkolwiek biorąc pod uwagę jego gęstość bliżej mu do bulionu niż do kremu, jest za bardzo rozwodniony. Kelnerka przy mnie wlewa do talerza niewielką ilość koniaku, który ma być ukoronowaniem tej potrawy, szczególnie, że to ekskluzywny alkohol. W zupie pływają kawałki pysznego delikatnego  mięska z raków. Wygląd i  opis potrawy w karcie dużo obiecuje, niestety smak niemiło zaskakuje, jest mdły, nijaki, lekko słony. Za to zupa grzybowa z łazankami (12 zł) jest dużo lepszym wyborem. Co prawda to banalna, tradycyjna polska zupa, która nie do końca pasuje do świata designu i fusion, ale za to w przeciwieństwie do intrygującej tylko z nazwy rakowej, jest w smaku wyśmienita.  O kremowej konsystencji, delikatnym posmaku śmietany, lekko przyprawiona,  z kawałkami grzybów doskonale nadawałaby się na wigilijny stół.

Sałaty, które  zamawiamy na drugie danie są ładnie podane, cieszą oko kulinarnego smakosza. Sałatka z zapiekanym kozim serem (25 zł) wzbudza od razu moje zainteresowanie , próbuję odnaleźć w niej  co wydaje się oczywiste… zapiekany kozi ser, oczekując pysznego kawałka grubości kromki chleba przyjemnie zapieczonego. Z rozczarowaniem odkrywam coś co chyba ma udawać kozi ser: kawałek grillowanego tostowego pieczywa posmarowany cienką warstwą sera o konsystencji mojego ulubionego twarożka Campiny. Czy był to ser kozi czy inny nie wiem bo praktycznie nie było czuć jego smaku. To danie jest bezbarwne, nieciekawe i najlepiej dokonać innego wyboru. Zdecydowanie pozycją obowiązkową w menu Instytutu jest sałata z avocado i krewetek . Oprócz pokrojonego na kawałeczki awokado i 6 dużych, perfekcyjnych grillowanych krewetek,  odnajduję  tu roszponkę, cykorię, zwykłą zieloną sałatę, pomidorki cherry. A to wszystko dopełnione cudownym sosem z tysiąca wysp. To absolutne smakowe arcydzieło.

 Atmosfera Instytutu bardziej przypomina zimną galerię niż gwarną restaurację. Karta zaciekawia, intryguje,  obiecując kulinarne przeżycia na światowym poziomie. W rzeczywistości kuchnia w lokalu jest bardzo nierówna. Niektóre dania zachwycają, na innymi kucharz powinien jeszcze popracować. Mimo kilku minusów, Instytut dostanie ode mnie jeszcze jedną szansę. Wróce tu napewno na sałatkę z krewetkami, szczególnie że cena porównując z innymi krewetkowymi daniami w Warszawie jest bardzo przystępna i oby taka pozostała.

Instytut Restaurant & Cafe, ul.Świętojerska 5/7,  (Uwaga! Restauracja zamknięta)

Podsumowanie

Kuchnia: międzynarodowa

Typ lokalu: restauracja