Kalaya – Taste of Australia

22 października 2015

Kalaya. Jasna 24. Jedyna restauracja australijska w Warszawie. Jedyna, ale nie pierwsza, bo pamiętam jeszcze australijskie smaki przy Kruczej w Kukabara jakieś 7 lat temu. Na to otwarcie czekałam od dawna śledząc profil restauracji na Facebooku. Bo Australię uwielbiam i wracam tam gdy tylko mogę. Z czym kojarzy mi się kuchnia australijska? Przede wszystkim z miksem smaków z różnych stron świata, kreatywnym podejściem do łączenia smaków, świetnym mięsem (zarówno jeśli chodzi o jakość jak i sposób przygotowania) i dużym wyborem doskonałych owoców morza. Z takimi oczekiwaniami przekraczam progi restauracji Kalaya, drugiego dnia po otwarciu. Lokal ma przemyślaną identyfikację wizualną, piękne logo i dopracowane wnętrze. Podoba mi się połączenie industrialnych metalowych elementów takich jak nogi stołu ze skórzanymi siedzeniami foteli. Na ścianach grafiki z emu nawiązują do australijskich korzeni miejsca. Dbają tu o szczegóły, piękne sztućce made by WMF, pieprzniczka i solniczka Peugeot na każdym stole nie uchodzą mojej uwagi. Właścicielem restauracji jest Australijczyk, a szefem kuchni Paweł Kałuski, wcześniej pracujący m.in. w Holiday Inn.

Kalaya z zewnątrz

Kalaya ma trzy poziomy, z czego dwa to restauracja z niewielkimi, drewnianymi stolikami, najniższy poziom to część barowa. Mam ochotę usiąść na samej górze, w najjaśniejszym pomieszczeniu, przy otwartej kuchni, są wolne miejsca, ale kelnerka informuje nas, że możemy usiąść tylko na dole. Nie dociekam dlaczego, ale może ma swoje powody. Na naszym poziomie jest dość ciemno, bo do tej części prawie nie dociera dzienne światło, co wpłynie negatywnie na moją relację zdjęciową, ale cóż poradzić…

Kalaya wnętrze

Karta jest dość krótka, mieści się na jednej stronie A4. Menu bazuje na mięsie, które stanowi dominującą część menu, szczególnie jeśli chodzi o dania główne, gdzie jest tylko jedna ryba (dorsz). Dla tych, którzy nigdy nie jedli emu czy kangura to okazja, żeby spróbować przyrządzanych z nich potraw, które są rzadko spotykane w restauracjach w Polsce. Cenowo jest to wyższa półka, mięsne dania główne kosztują między 65 a 120 zł, tańszy jest burger (25 zł) i dorsz (45 zł). Dodatki takie jak ziemniaki, purée, grillowane warzywa są dodatkowo płatne ok. 10 zł za dodatek. Oprócz karty standardowej w tygodniu można wybrać także trzydaniowe menu lunchowe. Jeśli macie ochotę na kieliszek wina, zapłacicie ceny australijskie, najtańszy kieliszek wina kosztuje 24 zł, a popularnego w Australii Sauvignon Blanc 28 zł! Na Australię to standardowa cena, na Polskę to według mnie mocne przegięcie. Ponieważ menu lunchowe jest mało australijskie (kalafiorowa, risotto, stek wieprzowy), z pomocą sympatycznego kelnera wybieramy dania z karty. Zanim się jednak pojawią kelner przynosi wyśmienity chleb z oliwą.

Zaczynam od świetnego tatara z kangura, z kaparami, whisky i grzankami (39 zł). Mięso ma soczystą czerwoną barwę, lekko słodką nutę, jest delikatne, a jednocześnie wyraziste w smaku, trochę zbliżone do dziczyzny. Jak dla mnie mogłoby być trochę mocniej doprawione, ale wzbogacam je korzystając z przypraw, które mam na stole. Zupa rybna z owocami morza i świeżymi ziołami (22 zł) wypełniona jest mulami i kawałkami ryby, jest tam czosnek, pomidory, cebula, kolendra.  Nie zapomniano o wodzie z cytryną do umycia rąk. Danie jest pełne smaku, lekkie, wyśmienite.

Kalaya tatar z kangura

Kalaya zupa rybna

Grillowany stek z emu (72 zł) ma piękny czerwony kolor, nie jest co prawda krwisty o jaki prosiliśmy a medium rare, ale smakuje doskonale, dokładnie tak jak w Australii. Mięso jest zbliżone w smaku do wołowiny, podobnie też wygląda struktura mięsa. Kawałek mięsa jest co prawda niewielki i zamawiając go bez dodatków ciężko sie nim najeść, ale w smaku nie mam mu nic do zarzucenia. Grillowana jagnięcina z Nowej Zelandii z pieczoną fasolką i pomidorami (65 zł) prezentuje się dostojnie. Jagnięcinę w Australii serwują wyśmienitą. Z moich wyjazdów pamiętam niejedno rewelacyjne danie z tym mięsem, o soczystym wyrazistym w smaku o pięknym różowym mięsie.  Kelner opisuje danie z karty jako kotleciki z jagnięciny. Gdy pojawia się na stole, jestem dość zdziwiona, gdyż zamiast kotlecików na talerzu leży spory kawał jagnięciny z kośćmi, twardy i trudny do zjedzenia, a jeszcze trudniejszy do pokrojenia. Mięso jest zdecydowanie przeciągnięte,  dodatkowo ma gorzki posmak. Pieczona fasola i pomidory to dość ciężki i nie ratujący dania dodatek. Oddaję talerz prawie niezjedzony do kuchni. W ramach zadośćuczynienia kelner proponuje przygotowanie innego dania lub deser, ale śpieszymy się i nie mamy już na to czasu, dostajemy w zamian 15% rabat na nasz rachunek. Doceniam gest, choć za to danie nie powinnam zapłacić w ogóle.

Kalaya jagnięcina

Kalaya emu

Kalaya to ciekawy koncept restauracji z kuchnią z antypodów. Ciekawe wnętrza, sympatyczna obsługa i niezła kuchnia, w tym możliwość spróbowania rzadkich rodzajów mięsa pochodzącego z Australii. Stosunek jakości do ceny i kreatywność podawanych dań jest daleka jednak od tego co kojarzę i pamiętam z kraju Down Under. Brakuje mi też trochę kreatywności i tego miksu kuchni, który tak mnie fascynuje… Mam nadzieję że to kwestia nowości miejsca i czasu na dopracowanie dań… bo za Australią tęsknię i chętnie bym wracała częściej, choćby do tamtych smaków.

Kalaya, ul. Jasna 24, Warszawa, Śródmieście, tel.22 299 32 10