Gemo – zmiana czasu… na gruziński

24 marca 2012

GemoPromienie słoneczne rozgrzewają warszawskie ulice. Światło wpada przez przeszklony sufit do wnętrza pomieszczenia. Przed wejściem ustawiono kilka stolików. Może jeszcze trochę za zimno, żeby zjeść na zewnątrz, ale już niedługo będzie się tu miło odpoczywało pod gołym niebem przy kieliszku wina. Dziś odwiedzam gruzińską restaurację Gemo na warszawskiej Pradze. Trochę trudno tu dotrzeć, bo budowa metra skutecznie utrudnia dostęp, a gps zwodzi na manowce. Nie poddaję się jednak i w końcu docieram na miejsce. Gemo znajduje się w kompleksie Soho Factory, czyli nowej przestrzeni miejskiej w zrewitalizowanych budynkach przedwojennych fabryk. Loftowe klimaty, stara Praga, artyści… Także artystą i poetą jest właściciel i szef kuchni restauracji, David Turkiestanishvili, który przyjechał do Polski w 1991 r. uciekając przed wojną domową.

Gemo to jasne proste, estetyczne wnętrze z przewagą bieli. Oprócz szklanego sufitu, zaciekawia otwarta kuchnia, przez którą widać krzątających się kucharzy. Nie ma tu gruzińskich kobierców i ludowych przygrywek. Nie ma folkloru, ale jest światło, słońce i jedzenie… Froasia, z którą jestem dziś umówiona na niedzielny lunch, już na mnie czeka studiując menu. Dziś piszemy recenzję w duecie, każda na swoim blogu i dyskutujemy o gastronomicznych wzlotach i upadkach stolicy. Karta restauracji jest krótka, więc wybór nie zajmuje nam dużo czasu. W Gemo zjemy głównie dania gruzińskie, ale jest też kilka niespodzianek z kuchni rosyjskiej (np. pelmeni) i japońskiej (np. makaron gryczany soba z warzywami lub z kaczką). Zamawiamy po przystawce i daniu głównym.

Właściciel przychodzi chwilę po zamówieniu i uprzedza, że na torcik kawiorowy, który wybrała Froasia, trzeba będzie trochę poczekać. „Jak długo potrwa trochę?”- pytamy. „Tak ze dwadzieścia minut, ale polskich, nie gruzińskich” odpowiada z uśmiechem od ucha do ucha pan David. Dwadzieścia polskich minut mija, przestawiamy więc zegarki na czas gruziński… Goście przy stoliku obok, którzy przyszli po nas, kończą już swój obiad, a my tęsknie wodzimy wzrokiem za roznoszonymi po sali talerzami z jedzeniem… Żartuję, że pewnie musieli skoczyć do sklepu po kawior… Aby umilić nam czekanie, właściciel przynosi po kieliszku gruzińskiego Moscato z lodem. Tylko próbujemy, bo obie jesteśmy zmotoryzowane. Smakuje doskonale…

Kiedy tracimy już nadzieję i chcemy znów przestawić się na czas polski, pojawiają się nasze przystawki. Lobio czyli czerwona fasola z kolendrą i przyprawami gruzińskimi (12 zł) jest lekko pikantna, aromatyczna, pełna rozmaitych przypraw. Kolendra dodaje jej intrygującej świeżości i cytrynowej nuty wraz z czerwoną cebulą przełamując lekką ociężałość fasolki. Całość jest znakomita i warta spróbowania. Torcik kawiorowy podawany z ciepłym pieczywem (27 zł) czyli „tort ze złota”, który kazał na siebie tyle czekać, to wielowarstwowy tort ułożony z cebuli duszonej w szampanie, serka, jajek w majonezie i czerwonych kawiorowych kulek. Pięknie się prezentuje, jest lekki, muślinowy, ciekawie skomponowany.

Gemo

Gemo

Na danie główne obie wybieramy Ladies Fingers czyli okrę zapiekaną  z pomidorami i serem owczym (29 zł). Okra, to warzywo o pochodzeniu afrykańskim i tylko tam można ją spotkać rosnącą dziko. Używana jest m.in. w kuchni indyjskiej, arabskiej, nad Morzem Śródziemnym. Wygląda podobnie do małej cukinii, ale w przeciwieństwie do niej jest chrupka i kanciasta. W środku wypełniają ją białe nasiona, podobne do tych, które kryje papryka. Zapieczona w tradycyjnym naczyniu z warzywami i serem owczym, tworzy kompozycję pełną kolorów i pobudzającą apetyt. Potrawa jest bardzo pikantna, o czym zapomniano wspomnieć w karcie. Kelnerka uprzedziła nas, że danie jest ostre, ale nie wspomniała jak bardzo. Jak dla mnie jest to krok od granicy odczuwania przyjemności, mimo, że w klimatach pikantnych dobrze się czuję. Okra miło chrupie w zębach, a danie jest smaczne, choć wolałabym je w trochę łagodniejszej odsłonie.

Gemo

Gemo to po gruzińsku smak. Dobrych smaków w restauracji na Mińskiej nie brakuje. Nie tylko gruzińskich i nie tylko pikantnych. Tak jak nie brakuje słońca i uśmiechu sympatycznego właściciela. Warto pamiętać, że czas tu płynie wolniej, więc warto przestawić zegarek na czas gruziński. Lubię zmiany czasu i kulinarne podróże, więc jeszcze tu wróce. Pod warunkiem, że będzie tu nadal szef kuchni David, którego autorska kuchnia mnie zachwyciła. Froasia znalazła w sieci informację, że dzień po naszej wizycie przestał być jej szefem i restauracja pracuje nadal, ale już bez niego. Co dalej będzie z Gemo i czy warto będzie jeszcze odwiedzać to miejsce, będę śledzić i informować Was na bieżąco.

Gemo, ul. Mińska 25, tel.22 468 18 76

.

Więcej zdjęć z wizyty w Gemo znajdziecie na Funpage’u Restaurantica.pl na Facebooku.

Recenzję Froasi z naszej wizyty w Gemo znajdziecie na Froblogu