My’o’my czyli radosny chaos otwarcia

31 stycznia 2011

O My’o’my dowiedziałam się z Facebooka. Kilka dni po otwarciu knajpa miała już ponad tysiąc fanów. Sporo jak na początek. Do lokalu w realu przyciągnęły mnie zdjęcia ciast i innych smakowicie wyglądajacych dań umieszczone na fanpagu. Dotarłam tu w pierwszy weekend po otwarciu. Miejsce było pełne ludzi. Zajęliśmy ostatni wolny stolik, mieliśmy szczęście, bo wiele osób musiało odejść z kwitkiem. My’o’my to miejsce niewielkich rozmiarów. Kilka stolików na dole, kilka na pięterku, niewielki bar. Karta menu wypisywana codziennie kredą na tablicy, bardzo krótka, zaledwie kilka pozycji. W menu proste dania,  zupy, kanapki, sałatki, tortille, ciastka. Znajdzie  się tu także coś dla wegetarian. Za barem stoją sympatyczne uśmiechnięte dziewczyny. Zamawia się tu i płaci przy  barze, nie ma obsługi kelnerskiej. Ale o tym dowiedzieliśmy się dopiero po paru minutach oczekiwania na górze. Może przydałoby się o tym napisać lub wspomnieć przy wejściu…

Zamówiliśmy cztery różne dania min. zupę dyniową. Oczekiwanie na nie trwało i trwało i trwało….

Zupa marchewkowa z imbirem

 Traciliśmy już nadzieję…. Risotto i tortillę dostaliśmy po kilkudziesieciu minutach. Tortilla z serem zachwyciła nas połączeniem składników i doskonałym sosem. Risotto 3 ziarna z boczkiem (18 zł), które zapowiadało się bardzo interesująco, niestety rozczarowało bezbarwnością smaku. Było mdłe i nieprzyprawione. Nawet boczek nie uratował potrawy. Liczyłam, że głód zaspokoję pozostałymi daniami, które zamówiliśmy. Niestety na nie musiałam jeszcze trochę poczekać. Na zupę, która spodziewałam się dostać przed drugim daniem, i sałatkę czekałam kolejne 20 minut, bez skutku. Gdy przypomniałam na dole w barze, że jeszcze nie dostaliśmy zamówionych dań, okazało się,  że wydano je już komuś innemu. Moglibyśmy więc tak czekać jeszcze długo. Parę minut później nadeszło wreszcie nasze wytęsknione jedzenie. Na szczęście okazało się, że warto było na nie poczekać. Zupa, co prawda nie była dyniowa, którą zamówiliśmy, a marchewkowa z imbirem (8 zł), ale za to cudownie konkretna w smaku. Marchew, imbir i odrobina oliwy stworzyły zgraną, aromatyczną kompozycje, a moja porcja szybko zniknęła z talerza. A wydawało mi się zawsze, że marchew jest mdła, a zupa marchewkowa to danie dla dzieci… Ciekawa była też sałatka z kurczakiem (13 zł). Znalazły się w niej także orzechy, pestki dyni, suszone pomidory, a to wszystko skropione balsamico. Porcja mała, ale cena też niewielka. Cenowo  w My’o’my jest bardzo przystępnie i oby tak zostało, bo brakuje takich miejsc w stolicy. Sympatyczne dziewczyny z My’o’my przeprosiły nas za opóźnienie w dostarczeniu dań, a w ramach rekompensaty za długi czas oczekiwania sałatkę dostaliśmy gratis. Miły gest. My’o’my to knajpa z potencjałem, ale na razie nie ogarniają chyba trochę nieoczekiwanej popularności i gubią się w radosnym chaosie otwarcia. Trzymam kciuki, żeby  radość pozostała, bo jej nigdy za wiele, a chaos został ogarnięty. Bo chętnie bym tu jeszcze wpadła na zupę marchewkową lub inne równie ciekawe danie.  Podobno w lutym mają mieć szybkie łącze wi-fi, więc może zawitam posiedzieć trochę na Facebooku:) lub opisać kolejną Warszawską knajpkę:)

My’o’my ul.Szpitalna 8, tel. (22) 826 19 16

 

 

 

Tortilla z serem

 

 

 

Sałatka z kurczakiem

 

 

Risotto 3 ziarna z boczkiem