Sinnet, czyli z Maciejem Nowakiem w klubie sportowym

18 października 2013

Sinnet

Niedziela wieczór. Ciemno dookoła, niedaleko Jeziorko Czerniakowskie – okolica przypomina rejony położone daleko poza miastem, w końcu to już druga strefa taksówkowa. Podjeżdżam do klubu sportowego Sinnet, przede mną do środka wchodzi szpakowaty mężczyzna szybkim krokiem udając się w kierunku siłowni. Ja próbuję najpierw sforsować wejście do budynku od zaplecza, ale szybko wracam na właściwą ścieżkę. Chwilę po mnie z rozwianym szalem w kolorze ciemnego  różu w wejściu klubu pojawia się Maciej Nowak. Umówiliśmy się tu na 18.00. Wbrew pozorom celem naszego spotkania nie będzie wspólny fitness w klubie sportowym ani nawet krótka rozgrywka w tenisa. Nie będziemy również pływać w basenie, relaksować się w jacuzzi czy grać w squasha. Może innym razem… Razem z recenzentem Gazety i Joanną z Froblog  będziemy dziś wspólnie kosztować dań w klubowej restauracji. Czyli po prostu jeść!

Miejsce na nasz Rondlarski Zjazd (rondlarka = blogerka kulinarna według M.Nowaka), jak określił nasze spotkanie Maciej, ustaliliśmy już / dopiero poprzedniego dnia. „Byłem przerażony jak już na kilka dni przed umówionym spotkaniem zaproponowałyście miejsce – zwykle podejmuję decyzję co do wyboru lokalu, który odwiedzę w momencie wsiadania do taksówki” – skarży się Maciej.

Podobno trenują tu i stołują się polscy celebryci, gwiazdy. Gwiazd, oprócz tych na niebie i nas samych, 🙂 nie zauważamy.

Sinnet  to  restauracja, przeznaczona przede wszystkim dla członków klubu sportowego, którzy stołują się tu przed lub po treningach. Bywają też goście z zewnątrz, ale nie jest to duża grupa. Szefem kuchni lokalu jest Paweł Kibart, którego miałam okazję poznać kiedyś na bardzo udanych warsztatach nożowych w Cook Up. Ma spore doświadczenie w gastronomii, które zdobywał m.in. w Hotelu Bristol i w restauracji Blue Cactus. Właśnie mija 10 lat kiedy zaczął pracę w Sinnet. Dziś nie mamy szansy go spotkać, bo nie ma go w restauracji. Pech. Zwykle odwiedzam restauracje w niedziele lub poniedziałki, co oznacza, że brak szefa kuchni zdarza się dość często” – komentuje Maciej. Sprawdzamy więc jak działa kuchnia Sinnet, gdy nie ma w niej szefa.

Siadamy przy stoliku z tabliczkami „Reservation”. Tabliczki okazują się zbędne, gdyż oprócz nas nie ma tu nikogo. Później pojawiają się pojedyncze osoby przed i po treningu, ale niekoniecznie na posiłek. Czuję się trochę jak w poczekalni przed WF-em lub siłownią.  To chyba  trochę taki wyrzut sumienia, że już od paru tygodni nie byłam na zajęciach z samby…

Restauracja z uwagi na lokalizację  nastawiona jest na kuchnie zdrową, wręcz dietetyczną. Dostajemy dwie karty. Jedna ma dwie strony, druga to cała gruba książka ze zdjęciami potraw, wypisaną kalorycznością, indeksami glikemicznymi itp. Maciej kręci nosem… – Nie obchodzą mnie jakieś indeksy…” – Mnie wielkie zdjęcia potraw w kartach bardziej kojarzą się z knajpami dla turystów w letnich kurortach niż z elegancką restauracją klubową za jaką Sinnet chce uchodzić.

„Gdy wchodzę do restauracji sieję popłoch. Kelner leci od razu na zaplecze i długo nie wraca. Do niektórych restauracji nawet nie chcą mnie wpuścić, w innych odmawiają wydania posiłku. Mówią, żebym przyszedł innego dnia… Łatwo nie jest….” – mówi Maciej z przymrużeniem oka. No cóż… rondlarki jak nas zabawnie nazywa, mają łatwiejszą „pracę”.

„Wybierajcie co Wam się podoba” – proponuje Maciej… Po kolei recytujemy co ciekawsze pozycje z karty. Kelner z lekko trzęsącymi rękami przyjmuje zamówienie. Od razu zastrzega, że wielu dań z karty nie ma, bo tu jadają zwykle stali goście i dania przygotowywane są na ich specjalne zamówienie. Namawia nas na dania standardowe, takie jak carpaccio, przekonując, że są lepsze niż w innych miejscach. Kręcimy nosem, gdyż nie lubimy dań które są wszędzie, ale bierzemy co jest. Zamawiamy kilkanaście spośród ograniczonej listy dań. Zamawiam zwykle wszystko co wyda mi się intrygujące czy ciekawe. Będziemy sobie grzebać w talerzach?” – pyta z nadzieją w głosie nasz towarzysz. Przytakujemy z uśmiechem! Jakże by inaczej 🙂

Kelner po kolei przynosi na stół po jednym daniu, a do tego trzy nakrycia, które wymienia przy każdej iteracji. Wydłuża to znacznie czas trwania kolacji, ale jest gustownie i elegancko. Próbujemy po kolei każdej z kilkunastu wybranych pozycji. I nie musimy grzebać sobie w talerzach :-).

Sinnet

Sinnet

Sinnet-9

Przed podaniem każdego dania Maciej musi uzbroić się w cierpliwość. W końcu spotkał się z rondlarkami, więc musi poczekać z zanurzeniem w danie widelca aż zrobimy zdjęcia. „To prawie jak na planie TV… tam podają wszystko zimne… Bo zawsze muszą jeszcze zrobić jakieś dodatkowe ujęcie…” – wspomina… Cykamy zatem szybko, żeby nasza blogowa dokumentacja nie popsuła przyjemności z wspólnego ucztowania. „Ja zwykle nie robię zdjęć, bo nie umiem” – zdradza krytyk. Bardziej interesują go wnętrza restauracji niż potrawy. Po jego wizycie przyjeżdża fotograf z gazety, który robi zdjęcia do artykułu. „Chciałbym mieć kiedyś taką dokumentację wnętrz restauracji, które odwiedziłem. Żeby zobaczyć jak się to zmieniało na przestrzeni lat.”

Zaczynamy od zup. Zupa dyniowa, mimo, że  zaciekawia słodką posypką Amaretto, sama jest mdła i nudna. Podobnie nijaki, choć zapewne bardzo zdrowy, jest też krupnik z kaszy jaglanej (16 zł). Na tym tle pozytywnie wybija się harirra (16 zł), gęsta pomidorowa zupa z soczewicy i ciecierzycy. Jak czytamy w karcie, szczególnie polecana jest paniom ze względu na zawarte w niej fitohormony. Nie wiem czy to te fitohormony to sprawiają, ale mi nawet pasuje, jest konkretna i treściwa.

Wśród przystawek nie znajduję niczego wartego zapamiętania. Każda kolejna podawana potrawa przechodzi bez echa, zdobywając wyróżnienie za niedoprawienie i brak charakteru. Carpaccio z wołowiny (32 zł), tak zachwalane przez kelnera, to po prostu standardowe carpaccio jakich jadłam wiele, ze zbyt grubo jak na mój gust pokrojoną i niejednolitą w konsystencji wołowiną.  Sałatka z tuńczykiem marynowanym w sosie sojowym i imbirze (38 zł) ciekawa jest w pomyśle, gorzej z wykonaniem. O marynacie raczej nie było tu mowy, to danie zupełnie bezosobowe. Ciepła sałatka z łososiem sous vide (36 zł) jest bezbarwna i smutna, a sam łosoś wygląda na zabiedzonego. Tortilla z hummusem na plackach z cukinii (25 zł) to danie w zamyśle kreatywne, jednak hummus jest za słony,  a placki, mimo że lubię ich przyjemną konsystencję,  są blade i niewyraziste. Nie porywa mnie również Risotto z pęczaku z piersią kurczaka i warzywami (30 zł).

Sinnet

Sinnet

Po przystawkach i kaszach przechodzimy do mięs i ryb.  Pierś z kurczaka marynowana w trawie cytrynowej i czosnku (37 zł) jest jadalna, ale nic poza tym, a marynata, która przekonała nas do zamówienia dania, niestety niewyczuwalna. Na koniec dość monotonnego, jeśli chodzi o kulinarne doznania wieczoru, następuje pozytywne zaskoczenie.  Kelner stawia na stole świetny stek z polskiej wołowiny, miękki i krwisty … taki, w który nóż wchodzi jak w masło….To naprawdę jeden z lepszych wołowych steków, które jadłam w ostatnim czasie. Rozbudza to mój apetyt na więcej…  Jednak coś tu potrafią?

W miłym rondlarskim gronie i przy ciekawej rozmowie na tematy kulinarno-teatralne czas płynie mi niezwykle szybko. Opuszczamy pusty lokal  restauracji klubu sportowego po 21.00. Kelner zapewne oddycha z ulgą, podobnie cały kuchenny personel. To był dla nich stresujący wieczór… A dla nas niezwykle przyjemny, choć zupełnie nie ze względu na jedzenie. Osobowość Macieja Nowaka i rozmowa z nim była na tyle wciągająca, że dania zeszły na drugi plan. Może jednak  następnym razem wpadniemy tu razem na squasha 🙂 ?

Sinnet, ul. Gołkowska 2, Warszawa, Mokotów,  tel.22 550 34 00

Relacje z tego wieczoru znajdziecie również u Joanny na Froblog i w Gazecie Co Jest Grane, gdzie swoje wrażenia opisał Maciej Nowak.

Podsumowanie

Dzielnica: Mokotów

Kuchnia: międzynarodowa

Ceny: 40-60 zł

Typ lokalu: restauracja