Casa Krike czyli jak obsługa może zepsuć dobre wrażenie

12 sierpnia 2013

Kuchnię hiszpańską uwielbiam nie od dziś. Mimo, że już ponad rok minął od mojej ostatniej wizyty na Półwyspie Iberyjskim, nadal często wracam wspomnieniami do barów Pintxos i wybitnych restauracji w San Sebastian. Nie mogłam więc zbyt długo czekać z pierwszą wizytą w nowym miejscu z kuchnią hiszpańską, która mieści się na Bemowie – Casa Krike. Restauracja powstała w wolno stojącym budynku przy osiedlu na Jelonkach. Jej właścicielem jest Hiszpan, który przyjechał kilka lat temu  do Warszawy  uciekając przed hiszpańskim kryzysem. Otworzył restaurację La Taberna del Teatro w Teatrze Polskim, którą nawet próbowałam kilka razy odwiedzić, ale zawsze zastawałam drzwi zamknięte, mimo, że bywałam tam w godzinach otwarcia. Lokal nie przetrwał zbyt długo. Kilka miesięcy później powstał nowy, daleko poza centrum.

Casa Krike

Siadamy na zewnątrz restauracji Casa Krike w ogródku piwnym. Tuż obok jest specjalne miejsce do zabaw dla dzieci z nadmuchaną zjeżdżalnią. Aż dziwne, że nadal tak mało restauracji ma takie gadżety. Sama restauracja to dwa pomieszczenia z dość mało zachęcającym wystrojem. Ponieważ pogoda dopisuje i żar leje się z nieba, siadamy na zewnątrz w zadaszonym ogródku. Obsługuje nas kelnerka, która pracuje tu zaledwie od dwóch dni. Wygląda na to, że po recenzji Macieja Nowaka w Co Jest Grane właściciel zatrudnił dodatkowe osoby, niestety bez najmniejszego przeszkolenia. Kelnerka nie ma zbyt dużej wiedzy o tym co jest w menu, co jest dziś dostępne i co wchodzi w skład poszczególnych dań.

Casa Krike

Mam ochotę na owoce morza lub ryby. Niestety oferta jest dziś mocno ograniczona. Z ryb jest tylko dorsz, który kelnerka opisuje jako ugotowany w warzywach i opowieść ta nie brzmi zbyt zachęcająco… Są jeszcze krewetki, kalmary i ośmiornica. Większa część karty „ryby i owoce morza” jest dziś niedostępna. Nie ma diabła morskiego, karmazyna, małży ani guli 🙁 . Jeśli chodzi o mięsa wybór jest na szczęście większy. W sześć osób zamawiamy ponad dziesięć różnych przystawek i dań głównych, kelnerka zapisuje i znika na dobrych 20 minut… Dopiero moja interwencja, czyli spacer do środka restauracji powoduje, że dostajemy coś do picia. A jak wiemy w upały pragnienie się wzmaga, a brak możliwości jego zaspokojenia powoduje szybki wzrost poziom irytacji.

Dania pojawiają się na naszym stole w kolejności… losowej. Zamówiwszy po dwa dania oczekujemy, że najpierw dostaniemy przystawki, a potem dania główne. Okazuje się że jesteśmy w błędzie. Niektórzy z nas dostają po dwa dania na raz (przystawkę i danie główne), a wybrańcy np. Smakuś muszą czekać aż wszyscy już zjedzą…  Totalna porażka… Kelnerka tą osobliwą kolejność podawania dań tłumaczy hiszpańskim kucharzem, który wydaje je w kolejności przygotowywania, a nie w kolejności zamawiania 😮 . Muszę powiedzieć, że to ryzykowne i mocno lekceważące podejście do klientów. Szczególnie, że przed zamówieniem nikt nas o tym nie poinformował 🙁 . W tej sytuacji część osób siedzi i patrzy jak inni jedzą. Przed podaniem polędwiczek wieprzowych podchodzi do nas kucharz wnosząc z przejęciem – ta dam! – polędwicę wołową. Gdy tłumaczymy, że wołowej nie zamawialiśmy – kelnerka lekko blednie… Polędwice wraz z kucharzem i kelnerką znikają w budynku, a na polędwiczki wieprzowe czekamy kolejny kwadrans…

Czy jakość dań zrekompensuje bardzo mierną obsługę? Czy mimo irytacji oczekiwaniem i serwisem było warto?

Serwowane tu Pimientos del Padron (28 zł) to bardzo mała przekąska. Składa się na nią zaledwie kilka zielonych papryczek. Są doskonałe, choć zabrakło mi kilku bardzo ostrych egzemplarzy, które można zwykle znaleźć ukryte pomiędzy słodkimi, gdy zamówimy to danie np. w Madrycie. Z dużą nadzieją czekamy na nasze ulubione hiszpańskie danie – ośmiornicę po galicyjsku. Ośmiornica a la gallega (45 zł) czyli plasterki ośmiornicy ułożone na warstwie ziemniaków to udane danie. Ośmiornica jest mięciutka, smakowita, ale mogłaby być bardziej przyprawiona. Jadłam już w Warszawie lepsze np. w nieistniejącym już tapas barze Cuatro Caminos, w Sol y Sombra czy też w La Iberica.

Casa Krike

Casa Krike

Jeśli jesteście w Casa Krike koniecznie spróbujcie genialnego Chłodnika z melonem i świeżym ogórkiem – jest  odświeżający, aromatyczny, nie można go przegapić. To cudowne danie na lato.

Dorsz atlantycki a la murciana (45 zł) to kawałek ryby pod pierzynką z warzywnego ratatouille. To miękka krucha i bardzo przyjemna propozycja.

Polędwica wieprzowa w sosie Pedro Ximenez (36 zł) to żelazny punkt tutejszej karty. Mięso jest mięciutkie, a razem z sosem na bazie hiszpańskiego wina sherry i rodzynek tworzy wytrawno-słodkie, wyśmienite danie.

Wart uwagi jest także Ogon byka w sosie własnym (32 zł), ale jeszcze większe wrażenie robią na mnie tutejsze Policzki wołowe w sosie z białego wina i pieczarek (30 zł), są mięciutkie, rozpływają się w ustach.

Casa Krike

Casa Krike

Casa Krike to bez wątpienia miejsce z bardzo dobrą kuchnią hiszpańską. Większość dań tu serwowanych jest doskonale przyprawiona i godna uwagi. Obsługa jednak zupełnie nie daje rady i nie jest to jedynie kwestia kelnerki, która pracuje tutaj drugi dzień. Kolejność podawanych dań, reakcja na moje uwagi i pomyłki świadczą o tym, że właściciel nie radzi sobie z serwisem. Dobra kuchnia jest ważna, a nawet najważniejsza, ale nie wystarczy, żeby wizytę w restauracji uznać za udaną. Może jeszcze kiedyś tam wrócę jak się dotrą. Póki co jestem zmęczona pierwszą wizytą.

Casa Krike, ul. Człuchowska 37, Warszawa, tel. 22 863 50 10