Zest by Kibart

24 maja 2015

Szefa kuchni i właściciela nowej warszawskiej restauracji Zest by Kibart miałam kiedyś okazję poznać uczestnicząc w prowadzonych przez niego warsztatach  knife skills w Cook Up. Uczyłam się tam jak się kroi warzywa w julienne, brunoise, vichy, emince i inne kształty.  Kolejne nasze zderzenie choć nie bezpośrednie to pamiętna wizyta w Sinnet. Restaurację, w której pan Paweł był szefem kuchni (choć nie było go wtedy w lokalu) odwiedziliśmy niezapowiedzianie z Maciejem Nowakiem i Joanną z Froblog. Niestety wyszliśmy zawiedzeni niskim poziomem kuchni przelewając swoje wrażenia na niezbyt pochlebne publikacje. Brałam też kiedyś udział w kolacji, którą zorganizował Cook Up, podczas której Paweł Kibart gotował wspólnie z Sebastianem Olmą. Po tych mieszanych doświadczeniach nie bardzo wiem, czego mogę się spodziewać po jego autorskiej restauracji. Mimo to, zaglądam do niej tydzień po otwarciu.

Zest by Kibart wnętrze

Restauracja mieści się przy Grójeckiej, w miejscu po Pink Crow Restaurant & Bar, na którą ktoś zupełnie nie miał pomysłu i nie przetrwała zbyt długo. Jasne klasyczne wnętrze nie wyróżnia się niczym specjalnym, jest raczej neutralne, ale estetyczne. Restaurację testujemy przy okazji rodzinnego, niedzielnego obiadu. Siadamy przy okrągłym stole na antresoli. Obsługa jest sympatyczna i pomocna, a szef kuchni podchodzi do nas przy zamówieniu opowiedzieć o swoim pomyśle na funkcjonowanie lokalu oraz na przygotowywane tu dania. Paweł Kibart serwuje tu kuchnię polską – jak mówi – w nowej, niestandardowej odsłonie. Menu ma się często zmieniać bazując na sezonowych, dostępnych danego dnia produktach. Karta jest krótka więc wybór zajmuje nam tylko chwilę. W siedem osób zamawiamy łącznie większość dań z menu.

Zest by Kibart góra

Najpierw pojawia się  czekadełko – razowy chleb i masło robione na miejscu. Zamawiamy też wino, które jest tu w bardzo dobrych cenach zaczynających się od niecałych 50 zł za butelkę. Bardzo dobry Sauvingon Blanc z Nowej Zelandii można zamówić za 70 zł za butelkę, a naprawdę doskonały argentyński Malbec za 85 zł. Nie dajemy właścicielom zbyt łatwego zadania, pojawiając się zaledwie tydzień po otwarciu i to większą grupą. Organizacja pracy jeszcze chyba szwankuje, gdyż na nasze przystawki czekamy jakieś 40 minut. Wygląda na to, że kuchnia nie jest przygotowana jeszcze na wydanie dań jednocześnie siedmiu osobom w optymalnym czasie. Kosztowanie serwowanych tu dań zaczynam od świetnego tatara z wołowiny z olejem z lubczyku i czarnuszką (19 zł). Podany jest z jajkiem przepiórczym, pięknie się prezentuje i jest świetnie przyprawiony. Białe szparagi  z jajkiem w koszulce i sosem holenderskim (19 zł) są twarde, chrupkie, pokryte poprawnym sosem i lekko naruszonym jajkiem poche. To bardzo porządne danie, a szparagów nie pożałowano. Interesująca, choć nie porywająca jest Zupa cebulowa na cydrze z grzanką dyniową (12 zł). Z mocną – dla mnie nieco za mocną – przewagą nut słodkich nad wytrawnymi,  pozostawia na podniebieniu wątek zaciekawienia. Przyczepiłabym się jedynie do pomysłu na dyniową grzankę pływającą w zupie, w której nie wyczuwam niestety w ogóle dyni.

Zest by Kibart szparagi

Zest by Kibart tatar

Smakowanie dań głównych rozpoczynam od Piersi z kaczki z sosem z cydru i rozmarynu i białymi szparagami (42 zł). Kaczka jest idealnie różowa, soczysta, pełna smaku. Fantastyczna. Jedyny jej mankament to dość utrudnione krojenie. Zdecydowanie pomogłoby, gdyby kaczka została pokrojona w kuchni na cieńsze plastry – jak to robi większość restauracji serwując dania z kaczą piersią. Towarzyszy jej słodko-kwaśny sos na bazie cytrusów i cydru z nutą rozmarynu i idealnie ugotowane szparagi. Najciekawsze wśród dań głównych to Pierś z perliczki z risotto z pęczaku z burakami i zielonymi szparagami (42 zł). Delikatne mięciutkie mięso podane jest w towarzystwie pęczaku o buraczkowym kolorze i takowej nucie smakowej. W daniu dostrzegam też rzucony gdzieniegdzie świeży tymianek zaostrzający smak dodatków. Danie nie tyko dobrze smakuje, ale także ciekawie wygląda. Nie zachwycają może prezencją, ale w smaku nic nie można zarzucić Policzkom wołowym duszonym z puree ziemniaczanym i duszonym czosnkiem (26 zł). To bardzo udane danie, mięso jest miękkie, a porcja słusznych rozmiarów.

Zest by Kibart perliczka

Zest kaczka

Na koniec zamawiamy desery. Niezbyt przypadają mi do gustu przesadnie słodkie podane na ciepło Truskawki w karmelu z bezą lawendową i werbeną cytrynową (16 zł). Podawanie ciepłych, rozgotowanych truskawek w mocno słodkim sosie nie wydaje mi się dobrym pomysłem, szczególnie że sezon truskawkowy już wystartował i szkoda nie jeść ich na surowo. Drugi z wybranych deserów to zdecydowanie lepszy wybór. Mus czekoladowy z szałwią i chrupiącą praliną (16 zł) co prawda nie zaskakuje specjalną kreatywnościa, ale to bardzo porządny i smakowity mus, wbrew pozorom nie za słodki, lekki z chrupiącą praliną w środku.

Zest truskawki

Zest mus czekoladowy

Zest by Kibart tydzień po otwarciu rozbudza apetyt. Nie wszystko jeszcze działa perfekcyjnie i na dania trzeba czekać zbyt długo, ale miejsce broni się smakiem. Jest tu smacznie, sezonowo i po prostu miło. Cieszy osobista prezentacja dań przez szefa kuchni i nieprzesadzone ceny. To miejsce z potencjałem, poza naprawdę dobrą polską kuchnią chciałabym w przyszłości znaleźć tu połączenia bardziej kreatywne i zaskakujące. Już jest bardzo dobrze, ale mam wrażenie, że mogą wejść na jeszcze wyższy poziom!

Zest by Kibart, ul.Grójecka 70, Warszawa, Ochota, 22 299 60 67